Zbliżała się północ. Nie chciał rozstawać się z nią, pomimo późnej godziny. Jednak jej rozsądek wziął górę, gdyż pragnęła choć odrobinę wyspać się przed kolejnym dniem pracy. Pożegnała go namiętnym pocałunkiem i wysiadła z jego samochodu. Adam uruchomił wycieraczki, by przetrzeć liczne deszczowe krople z przedniej szyby jego wiekowej Vectry i jeszcze przez chwilę patrzył, jak jego nowa miłość z gracją przemierza szybkim krokiem drogę do furtki jej rodzinnej posesji. Gdy zniknęła mu z oczu wycofał autem i ruszył w drogę powrotną.
Oliwia mieszkała wraz z rodzicami w niewielkiej miejscowości, niecałe 20 km na południe od miasteczka Szkarłatne Wzgórze. Była dwa lata młodsza od Adama, niższa od niego o głowę i uśmiechała się przesłodko. Jej ciemne włosy do ramion wraz z radosnymi piwnymi oczkami tylko wzmogły efekt jego zauroczenia, ale to przede wszystkim jej pogodny charakter całkowicie przyćmił wszystko inne i urzekł go najbardziej. Nie dostrzegał w niej wad, była w jego oczach idealna.
Poznali się i zaczęli spotykać ze sobą miesiąc wcześniej, a Adam błyskawicznie dla niej stracił głowę – dosłownie. Zapomniał o swych dotychczasowych uciechach, czyli o pijackich eskapadach. Tylko raz zdarzyło mu się przez ten cudowny dla nich miesiąc okłamać ją, gdy w rozmowie telefonicznej zapewnił ją, że zmierza już wprost do łóżka spać. W rzeczywistości, po zakończeniu rozmowy udał się do pubu „Pełna Beczka” i spił się na umór. Następnego dnia czuł się z tym potwornie. To nie kac męczył go tego dnia, a potężny moralniak. Wtedy to uświadomił sobie, jak bardzo zdążył już pokochać tą dziewczynę. Przyznał się do kłamstwa, które zostało mu wybaczone, gdyż i Oliwia zdążyła pokochać swego łobuziaka. Nie chciał jej już nigdy więcej okłamywać. Naiwność zawsze cechuje zakochanych, ale w tym słodkim postanowieniu Adam wytrwał do dziś i wierzył, że tak też zostanie na zawsze. Oliwia za to, dzięki tej sytuacji miała w nim prawdziwego mężczyznę – szczerego, opiekuńczego, radosnego i kochającego. Czego chcieć więcej…
Deszcz nie ustawał. Miał do pokonania kilkanaście kilometrów lokalnej drogi przyściennej gminy swego miasteczka. Trasa ta w zasadzie w całości prowadziła przez gęste lasy. Ciemna noc w pełni, ale długie światła reflektorów jego Vectry dawały satysfakcjonującą widoczność. Jechał 70-80 km/h w anielskim nastroju, który potęgował z radia Frankie Goes to Hollywood swym klasykiem „The power of love”. Nasz Adam śpiewał znany mu utwór głośno, a w myślach i sercu miał tylko Oliwię. Wspaniały czas zakochania…
Był mniej więcej w połowie drogi do domu, gdy przerwał nagle śpiew. Zobaczył przed sobą po prawej stronie jezdni starszą kobietę, która szła poboczem w tym samym kierunku. Zwolnił i dostrzegł, że staruszka idzie dziwnie chwiejnym, najpewniej schorowanym krokiem i moknie. Jej ciemne babcine ubrania były już całe mokre, a brązowa chusta w nieokiełznane ciapki zakrywająca głowę kobiety już cała przykleiła się do jej włosów. W tym miłosnym uniesieniu serce Adama było na właściwym miejscu. Bez namysłu zatrzymał się przy babci, wyciszył radio, otworzył szybę i zapytał:
– Może podwieźć panią? Pogoda taka marna… Wsiada pani – i wychylając się lekko otworzył drzwi pasażera.
– Och dziękuję młodzieńcze, dziękuję – odpowiedziała przyjaźnie starsza kobiecina i mozolnie wgramoliła się do wnętrza auta. Zamknęła drzwi i dodała – Mieszkam tu niedaleko, jeszcze trzy zakręty i w domu. Doszłabym sama, zawsze chodzę sama długie kilometry, ale dziś już przemokłam tak bardzo. Nie mam już siły. Z nieba mi spadłeś młodzieńcze. Dziękuję.
– Nie ma za co, na zdrówko – odpowiedział na to radośnie Adam i przesunął regulator temperatury na czerwoną linię, by dać babci więcej ciepła. Poczuł bijący od pasażerki lekki odór przypominający zgniliznę, coś jakby padlina. Nie przejął się tym, gdyż rozumiał, że starszy wiek rządzi się swoimi prawami, na które nie ma mocnych i szybko odwrócił uwagę od zapachu myślą, że to tylko „trzy zakręty.”
– Mieszkam tu już 78 lat, całe życie tu przeżyłam. Wojna, Solidarność, papież – tak wiele dane mi było poznać i zobaczyć… Moje dzieci wyjechały do stolicy, mąż nie dożył nowego tysiąclecia, a dziś mam jedynie swoje kurki, które czekają na mnie i spacery. Cieszę się, że nie ma dziś burzy i że są jeszcze tacy dobrzy ludzie na świecie, jak pan młodzieńcze. Nie wiem jak mogę się odwdzięczyć…
– Ależ nie trzeba, to sama przyjemność – odpowiedział dumnie Adam.
– O to tu, tu proszę się zatrzymać. Tu mieszkam, tam po lewej stronie dwieście metry. Tu już wysiądę, dziękuję – Powiedziała kobiecina i otworzyła drzwi.
Adama wmurowało, gdyż znał te miejsce.
– Ależ, czy tu nie spłonęła…? – nie potrafił dokończyć, gdyż dotknął go pełny paraliż. Jego ciało wstrząsnęły tysiące dreszczy, poczuł przenikający chłód na swym ciele, a wszystkie jego włosy zjeżyły się, jak zelektryzowane.
Przez jego umysł przemknęła błyskawicznie historia sprzed ośmiu miesięcy, na którą natknął się czytając „Szkarłatne Wiadomości”. Wtedy to właśnie w tym miejscu, podczas szalejącej burzy spłonęła żywcem w swym domu (dałby sobie rękę uciąć, że właśnie taki wiek wyczytał) 78-letnia, schorowana kobieta. Oliwia pokazała mu niedawno zgliszcza jej drewnianego domku podczas jednej z ich przechadzek po lesie, a teraz jak w transie patrzył na zamykającą drzwi jego samochodu kobietę w tym samym wieku, która twierdzi, że właśnie mieszka dokładnie w tym samym miejscu. Strach zagnieździł się w sercu Adama, które zaczęło bić bardzo szybko. Nie był w stanie się ruszyć, a gdy kobieta zamknęła drzwi odczuł chwilową ulgę. Nadal patrzył w boczną szybę i nagle kobieta wróciła przysuwając swą twarz blisko szyby, uśmiechając się upiornie i machając Adamowi ręką na pożegnanie. Wyobraźnia Adama działała na pełnych obrotach i przy wzmagającym się lęku, Adam był przekonany, że jej twarz była poparzona.
Nie zastanawiał się, instynkt przetrwania wziął górę i Adam nadepnął na gaz wyrzucając za siebie kaskady wody spod tylnych kół. Jechał bardzo szybko, był przerażony, a jego obłędne myśli waliły w jego resztki rozsądku jak młot w rozpalone żelazo na kowadle. „Przecież to niemożliwe. To nie mogła być ona… A jej poparzona twarz?… Nie, to były krople deszczu na szybie, było ciemno, zdawało ci się chłopie… Ale ona była poparzona i uśmiechała się tak złowieszczo… A odór?…” Nie potrafił przerwać tego młynu myśli i po odjechaniu około jednego kilometra podgłośnił radio…
Frankie Goes to Hollywood „The power of love”…
– Co jest k…?! – Adam nie dowierzał… „Ta sama stacja i ta sama piosenka po raptem 10 minutach?” – zdążył tylko tyle pomyśleć, gdy gwałtownie nadepnął hamulec i zahamował z poślizgiem. Przed nim około dwieście metrów dostrzegł znany mu już zarys starszej kobiety, zmierzającej tym samym pokracznym chodem prawą stroną jezdni.
– To niemożliwe! – wykrzyczał Adam. Rozejrzał się w około i odniósł wrażenie, że już tą część leśnej trasy miał za sobą. Ruszył gwałtownie z gazem do dechy, by jak najszybciej okazało się, że to tylko niewinny dowcip jego wyobraźni. Im bliżej kobiety, tym bardziej czuł się szalenie przerażony. Napięcie rosło. Patrzył na nią i nie spuszczał jej z oczu, a gdy już ją wymijał, przez te ułamki chwil był pewny, że starsza kobieta uśmiechała się koszmarnie do niego ponownie, a jej twarz była w czerwonych, krwistych i ogromnych pęcherzach.
Gdy tylko ją minął złapał panicznie za telefon, jednak szybko okazało się, że jest poza zasięgiem sieci. Rzucił telefon na siedzenie pasażera i zaczął szukać innej stacji radia, gdyż ten miłosny utwór już nie brzmiał tak romantycznie w tej chwili, a raczej zatrważająco psychodelicznie. Wyświetlacz wskazywał 'searching’ i po chwili ponownie powrócił utwór „The power of love”.
„…The power of love, a force from above… cleaning my soul…” – rozbrzmiewał z głośnika Holly Johnson ze swą brytyjską grupą, a nasz Adam stracił wszelki rozsądek i zaczął śmiać się w głos. Śmiał się jak szaleniec, by po chwili tłuc ręką z całych sił w kierownicę. Zatrzymał się. Przed nim ponownie majaczył zarys babci. „To niemożliwe”…
Nie wiedział jak się modlić, ale stwierdził, że właśnie teraz jest na to dobry moment. Wspomniał odmawiany w dzieciństwie różaniec i szybko zaczął od „zdrowaśki”. Zamknął oczy i recytował głośno raz po razie… Otworzył oczy na chwile…
– Aaaaaa, k… – wykrzyczał – jest nadal! – …I to jakby bliżej…
Nie patrzył na nią, skupił wzrok na ulicy tuż przed nim i ruszył. Wyminął ją ponownie i pognał przed siebie. Byle szybciej, byle jak najdalej. Nie patrzeć na pobocze…
Wyłączył radio, jechał w ciszy. Rozglądał się bacznie ze skupieniem jakiego nie wytężył nigdy dotąd w swym życiu. Wydawało mu się, że chyba już przejechał tak ze trzy kilometry. „Może to co się dzieje jest związane z radiem? Tak! Już byłaby na pewno ponownie przy ulicy. Tak! Tak! Nie włączaj radia chłopie i dojedziesz do domu.” Adam ucieszył się, że rozgryzł całą tą mroczną tajemnicę i napięcie z jego ciała zaczęło ustępować. Powracał do niego rozsądek i Adam był gotów w tej chwili stwierdzić, że uległ jakimś omamom. Inaczej nie chciał tłumaczyć tego sobie – „Omamy są jak najbardziej OK, to tylko omamy” – uśmiechnął się i odetchnął głęboko, gdy nagle tuż przed nim pojawił się znikąd jego prześladowca. Babcia stała na środku ulicy, patrząc wprost w jego oczy. Uśmiechała się grymaśnie i złowieszczo, a jej twarz była podobna do tej, którą widział w „Koszmarze z ulicy Wiązów”. Była tak blisko… Na hamulec za późno, instynktownie więc odbił kierownicą w lewo i to było ostatnie, co zdołał zapamiętać…
Obudził się w szpitalu. Obok niego siedziała Oliwia i trzymała go za rękę.
– Och, jak się cieszę, jesteś, mój ty – powiedziała i przytuliła się do jego ciała. – Farciarzu ty, jeździć musimy cię nauczyć – dodała z tym swoim słodkim uśmiechem.
– Co się stało? Jak się tu znalazłem? – zapytał zupełnie rozkojarzony Adam.
– Wracając ode mnie wpadłeś w poślizg i uderzyłeś w drzewo. Znaleźli cię dopiero nad ranem. Poduszka na szczęście zatrzymała cię w samochodzie i masz jedynie masę potłuczeń. Miałeś farta kolego – Oliwia zakończyła opis sytuacji pocałunkiem w polik Adama.
Adam przypomniał sobie całe zdarzenie. Wspomniał upiorną postać babci tuż przed zderzakiem jego Vectry. Czuł niepokój, gdyż nie wiedział już co ma sam o tym myśleć. Wspomnienie tego obrazu z jednej strony było tak nierzeczywiste, ale z drugiej strony pamiętał wszystkie towarzyszące mu uczucia, świadczące, że coś w tym wszystkim było na rzeczy.
Czuł zmęczenie, nie chciał już o tym myśleć. Oliwia, tak słodka i urocza siedziała obok niego i trzymała go za rękę. Poczuł się przy niej w końcu bezpiecznie. Czego chcieć więcej…
– Posiedzimy tu sobie trochę… Posłuchajmy radia. Jeśli będzie coś romantycznego, to chcę buziaka – uśmiechnęła się zalotnie Oliwia i przycisnęła włącznik radia stojącego przy ich szpitalnym łóżku. Gdy tylko rozbrzmiały z głośnika pierwsze dźwięki dodała rozpromieniona – Jest romantycznie, buziak dla mnie.
Adamowi za to powrócił obłęd w oczach. Usłyszał z oddali potężny grzmot pioruna, otoczenie momentalnie zaczął spowijać mrok, a wspomnienia ubiegłej nocy powróciły żywe. Oliwia zniknęła, ciepłe łóżko, jak i cały szpital również. Ocknął się w oka mgnieniu w swym samochodzie, którym ponownie przemierzał leśną trasę w ciemnych otchłaniach deszczowej nocy. Zaczął śmiać się szaleńczo w głos słysząc utwór „The power of love” ze szpitalnego radia, a następnie z tego w swym samochodzie, przy którego dźwiękach znalazł się ponownie w tym niedorzecznym i koszmarnym świecie jego powrotnej podróży do domu. Śmiał się nadal na przemian z histerycznym płaczem, a z głośników samochodu płynął już w pełni nieludzko brzmiący hit Frankie Goes to Hollywood. Około sto metrów przed nim prawym poboczem szła koślawym i spokojnym krokiem starsza kobiecina…
Koniec!