W pewien jesienny wieczór na skórzanej sofie w salonie domu jednorodzinnego siedziały dwie kobiety po trzydziestce, popijające ciepłą herbatę i delektujące się słodkimi ciasteczkami w polewie czekoladowej. Choć mieszkały ze sobą po sąsiedzku od czterech lat, to nić przyjaźni pomiędzy nimi nawiązała się dopiero miesiąc temu.
Ich domy mieściły się na ulicy Dębowej miasteczka Szkarłatne Wzgórze. Ich działki oddzielał od siebie dosyć wysoki żywopłot, a sama dzielnica domów jednorodzinnych, w której mieszkały, należała raczej do tych przyjaznych i spokojnych – nie wliczając jednego śmiertelnego potrącenia na przejściu dla pieszych, kilku kolizji, kilku mało znaczących włamań i kradzieży oraz jednego pożaru garażu na przestrzeni szesnastu lat od pobudowania dzielnicy.
Ich przyjaźń rozpoczęła się w pewne wrześniowe popołudnie, w którym to dosyć szczupła, atletyczna blondynka Ania opuściła swój dom z numerem 12, szukając towarzystwa i pocieszenia u przemiłej sąsiadki, zawsze tak uroczo pozdrawiającej ją przy każdej jednej okazji. Zapukała do wejściowych drzwi niewysokiej szatynki Julii, mieszkającej z mężem i trzyletnim synkiem pod numerem 14 wspomnianej już ulicy i gdy tylko Julia otworzyła drzwi, Ania rzuciła się w jej objęcia i rozpłakała się. Szybko opowiedziała miłej sąsiadce o tym, że właśnie opuścił ją mąż, jak bardzo cierpi z tego powodu i czuje się samotna. Troskliwa Julia utuliła zrozpaczoną Anię i zaopiekowała się nią. W ten oto sposób kobiety te bardzo zżyły się ze sobą i od tego zdarzenia zaczęły spędzać wspólnie wiele wolnego czasu na rozmowach, piciu herbaty, czasem wina i podjadaniu czekoladek.
Ania nie miała dzieci i po każdej wieczornej wizycie u sąsiadki wracała do swojego opustoszałego domu, by zrobić trening, pobiegać na bieżni, wziąć prysznic, zjeść kolację i pójść spać.
Wróćmy więc do tego październikowego dnia naszej opowieści, w którym to po tradycyjnej już herbacie z ciastkami Ania postanowiła opuścić sąsiadkę wyjątkowo wcześniej niż zwykle i udała się w powrotną drogę.
Na zewnątrz panował już mrok. Gdy tylko przekroczyła próg swego domu, szybko uświadomiła sobie, że nie jest w nim sama…
…
Obserwował ją i jej dom z niezbyt rzucającego się w oczy czarnego Mondeo przez cztery kolejne dni, w różnych ich porach. Parkował na ulicy Dębowej w linii z innymi samochodami, bardzo blisko numeru 12. Umiejętnie pozostawał niezauważony. Nawet w nocy przydrożne drzewa swymi bujnymi gałęziami osłaniały światło ulicznych latarni, tworząc przyjazny cień dla kolejnej postaci naszej opowieści.
Odnotował, że blondynka mieszka sama i każdy wieczór spędza u sąsiadki. Gdy piątego dnia obserwacji spostrzegł, że jasnowłosa kobieta ponownie opuszcza swój dom i zmierza do tego obok, wiedział już bez wątpliwości, że oto nadszedł ten właściwy moment. Nie mógł przewidzieć, że akurat tego dnia właścicielka domu wróci wcześniej. Poczekał na zmierzch, obszedł jej dom i włamał się do niego przez tylne drzwi. Był przygotowany na zgarnięcie łatwego łupu, w tej dzielnicy nie ma biednych osób, także pełen podekscytowania wszedł do środka i oświetlając skromnym światłem latarki przestrzeń przed sobą rozpoczął poszukiwania oraz zbiórkę jej kosztowności.
Akcja przebiegła niezwykle pomyślnie, nie spodziewał się aż tak owocnych poszukiwań. Zmierzał już do opuszczenia domu tylnymi drzwiami, gdy nagle usłyszał dobiegające z kuchni drobne stuknięcie. Zgasił latarkę i zatrzymał się, a raczej zamarł w bezruchu nasłuchując… Po trwającym około pół minuty zupełnym bezdechu i w panującej w około ciszy stwierdził, że nie ma się czego obawiać i ruszył w kierunku drzwi. Jednak one okazały się dla niego nieosiągalne…
Gdy tylko postawił ponownie kolejny krok, ktoś z impetem wskoczył na niego od tyłu, oplatając go mocno nogami w pasie. Na szyi poczuł żelazny uścisk , a na twarzy przyłożoną wilgotną ścierkę z zapachem przypominającym… Nie zdążył przypomnieć sobie skąd zna ten zapach – jego umysł wyłączył się błyskawicznie…
…
Obudził się związany na krześle w pomieszczeniu, które po szybkiej ocenie określił jako piwnicę. Nie mógł się poruszać, a w ustach czuł paskudny smak jakiegoś materiału, który nie pozwalał mu mówić. Nie wiedział jak długo był nieprzytomny, ale szybko dostrzegł tragizm i komizm swojego położenia, bo oto przed nim stała szczupła blondynka, która na jasno oświetlonym stole rozkładała narzędzia jego zagłady. To był prawdziwy arsenał – tasaki, skalpele i noże do cięcia, patroszenia, skórowania oraz wiele innych o upiornej budowie, budzących piekielne przerażenie. Czuł ogromny strach każdą komórką swego ciała, który zamienił się w panikę, gdy jego wzrok zatrzymał się na ścianie obwieszonej dużymi zdjęciami z obrzydliwie zmasakrowanym w tym samym pomieszczeniu mężczyzną. Nie wiedział, że mężczyzną tym był mąż blondynki. Nie wiedział również, że właśnie staje się mimowolnym świadkiem narodzin całkowicie wyzutej emocjonalnie seryjnej morderczyni, która miesiąc temu po raz pierwszy zasmakowała w diabelskiej rozkoszy zadawania cierpienia i agonii drugiemu człowiekowi.
Krzyków, wrzasków i rozpaczliwych skomleń pechowego włamywacza nikt nie usłyszał, a cała dzielnica przygotowywała się już do snu…
Koniec!