Przejdź do treści

Opowieści na dobranoc (27) – „Księżycowa makabra”

– Siedemnaście kolejnych ofiar tylko z Miasteczka – zapowiedziała beznamiętnie pani prowadząca nocną transmisję w lokalnym radiu – nadal nieznany jest sprawca, bądź też sprawcy brutalnych mordów dokonywanych w całym kraju i na świecie. Policja prowadzi śledztwo i apeluje 'zostańcie w domach’ – kończąc wyraźnie podniesionym głosem, by zaakcentować wagę policyjnego apelu.

Była noc. Adama przeszedł nieprzyjemny dreszcz i przekręcił gałkę radia w samochodzie, by poszukać czegoś przyjemniejszego dla ucha. Kolejna stacja prowadziła transmisję z modłami za wszystkie ofiary niewyjaśnionej do dziś i stale ewoluującej zagadki kryminalnej w całym kraju. Szybko stwierdził, że to niewiele zmienia w coraz gęstszej atmosferze panującej w jego aucie. Zaczynał powoli żałować, że pojechał do niej, ale kręcąc dalej pokrętłem radia w końcu natknął się na znajomy numer, który chwilowo rozluźnił atmosferę.

– The power of love, force from above… – Adam zaczął śpiewać dosyć równo z Holly Johnson’em z Frankie Goes to Hollywood.

Z jedynego działającego i trzeszczącego chwilami głośnika zamontowanego w jego Oplu Vectrze dochodziły rozluźniające go dźwięki i na chwile przestał myśleć o tym, że postąpił jednak dosyć głupio, wybierając się dziś do Oliwii. Mijając kolejne zakręty leśnej drogi i nasłuchując dobrze znanej mu piosenki granej w radiu, nagle po prawej stronie drogi w odległości około dwustu metrów przemknął mu cień…

Ciało Adama przeniknął zimny dreszcz, wzmożony o dojmujące odczucie deja vu…

– Co jest k…, chyba już to przerabiałem – wyszeptał sam do siebie i szybko zmienił stację w radio na tą grającą kolejny hit disco pop z elektronicznie zniekształconym głosem niezbyt męsko brzmiącego wokalisty anglojęzycznego. Nie mógł odeprzeć wrażenia, że już coś podobnego przerabiał w swym życiu i z niezwykłą uwagą wypatrywał przy drodze postaci. Dałby sobie rękę uciąć, że za chwilę ją dostrzeże, choć zupełnie nie wiedział o jaką postać mu chodzi…

– Chyba ci się już zaczyna pierdzielić w głowie stary – zagadnął sam do siebie, by dodać sobie animuszu. Skutecznie. Podgłośnił muzykę i ponownie rozluźnił się, na chwilę zapominając o jakimkolwiek niebezpieczeństwie. To były ostatnie chwile jego podróży…

Wszystko działo się szybko. Pęknięcie opony z hukiem świadczącym, że bez zmiany koła nigdzie dalej nie zajedzie… Utrata kontroli nad kierownicą z wyhamowaniem na poboczu, z prawym przednim kołem w rowie… Dosyć mocne uderzenie głową w szybę lewych drzwi Vectry… Rozglądanie się w oszołomieniu w około, oczekując na jakiś cios, na intruza, kata…

Jednak nic nie wydarzyło się więcej i nikt nie nadszedł, a za to spostrzegł księżyc przebijający się swym jasnym światłem poprzez leśne drzewa i był to widok, który go zahipnotyzował. Odpiął pas, zgasił światła w samochodzie i wyszedł z auta, by przyjrzeć się temu zachwycającemu widokowi. Stał tak w zupełnym bezruchu około dziesięć minut, nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie w tym czasie dokonywała się w nim przerażająca przemiana…

Pierwszy dzień to sześć ofiar i był to wstrząs nie tylko dla Miasteczka, ale również dla całego kraju. Miasteczko otoczone jest w zasadzie w około gęstymi lasami, a to właśnie na obrzeżach Miasteczka odnaleziono ciała w pobliskich lasach, a w zasadzie to ich resztki. Kojarzycie co pozostaje z kurczakowego udka, które zostało podane na obiad ośmioletniemu dziecku? Podobnie wyglądały ciała tych ofiar z Miasteczka – były praktycznie zjedzone do kości.

Zjedzone!

Nikt nie był w stanie wyjaśnić jakie zwierze mogło dopuścić się takiego okrutnego aktu na człowieku, do tej pory nic podobnego nigdy nie odnotowano nawet w jednym odosobnionym przypadku, a tu jest ich aż sześć…

Drugi dzień to najprawdziwszy dramat. Policja Miasteczka wraz z wieloma służbami porządkowymi podjęła fatalne w skutkach kroki przeczesania lasu w celu odkrycia sprawcy, ewentualnie też kolejnych ofiar. Niefortunnie nie uporała się z tym do godzin wieczornych i kontynuowała poszukiwania wczesną nocą, po zmroku. Dwudziestu czterech członków służb znaleziono o poranku następnego dnia w podobnym stanie, jak ofiary dnia poprzedniego, a poza nimi doszło również jedenaście ofiar cywili. Wszystkie zostały odnalezione w pobliskich lasach, z każdej strony Miasteczka. W tej chwili podobne wstrząsające zbrodnie zaczęto odnotowywać w całym kraju i sprawnie doszukano się w tym wszystkim połączenia. Tylko nikt nie wiedział jakiego…

Dzień trzeci to siedemnaście ofiar Miasteczka i doliczono się już blisko siedemset w całym Państwie. Zaczęto odnotowywać również pierwsze ofiary za wschodnią granicą Państwa…

Dzień czwarty to czternaście ofiar Miasteczka, z ponownym odnalezieniem ciał mieszkańców w pobliskim lesie.
Policja nie znajdywała żadnej poszlaki wskazującej na sprawcę, bądź sprawców tych zbrodni. Jednak dostrzegła w końcu prawidłowość, że do godzin nocnych nikt nie zgłaszał zaginięć, za to o poranku zaczynały dzwonić telefony:

– Moja żona… Słyszałem tuż przed zaśnięciem, że schodzi na dół, gdyż lubi jeszcze przed snem pospacerować z naszym psiakiem…

– Miałem się spotkać z sąsiadem, by poprzenosić graty z jego piwnicy, ale nie zastałem go w domu, a wie pan… Te morderstwa… A co jeśli on też?

Liczba telefonów zaczynała zgadzać się z liczbą ofiar…

Stało się jasne, że wszystko to dokonuje się w nocy…

I oto w dzień czwarty Adam postanowił odwiedzić Oliwię, by upewnić się, że u niej wszystko jest OK. Lubił czuć się bohatersko, lubił dać sobie każdy powód, byleby nie zmierzyć się z tym jednym prostym faktem, że mu się po prostu zachciało…

Pojechał do niej prosto po pracy. W te wczesnojesienne dni zaczynało się ściemniać już przy godzinie osiemnastej, a to była godzina, w której zdążyli się zbliżyć dopiero pierwszy raz tego dnia i nie trwało to zbyt długo.

Wcześniej dała mu porządną zjebkę, nazywając go totalnym idiotą za to, że w tak niebezpiecznym czasie on sobie urządza przejażdżki, a gdy już uspokoiła w ten sposób własne sumienie szybko zaciągnęła go do swego łoża, gdyż i jej się po prostu chciało…

Po zaspokojeniu swych żądz ocknęli się, że jest już dosyć późno. Można więc było powrócić ponownie do swych ról:

– Zobacz wariacie jak jest już późno, jesteś zupełnie nieodpowiedzialny…

– Chciałem jedynie upewnić się, że nic ci nie jest…

Cudowni są…

Chciała, by został na noc.

Uznał, że w samochodzie nic mu nie będzie, nie chcąc myśleć o tym, że przed nim dwadzieścia kilometrów podróży przez lasy. Wyjechał od niej po godzinie dwudziestej pierwszej.

Obudził się dnia następnego w swoim łożu. Leżąc na plecach podłożył sobie ręce pod głowę, opierając się na poduszce. Wyciągnął jakiegoś włosa z buzi i przełknął coś jeszcze pozostałego z wczorajszej kolacji najwidoczniej. Zaczął wspominać. Wrócił do domu, jednak zupełnie nie pamiętał jak. Pamiętał wszystko do momentu złapania 'gumy’ i zahaczeniu przydrożnego rowu. A co dalej?

Pustka…

„Na pewno nic nie piłem wczoraj? Cholera, aż tak? Chyba nie piłem… Cholera, zwariuję kiedyś… Ale mam kapcia w buzi, trzeba zęby umyć… Dobrze, że to nie przy Oliwii z takim kapciem się obudziłem, jak padlina jakaś…”

W takim mniej więcej stanie Adam wybrał się do łazienki i spoglądając w lustro poczuł paraliż ze znaczącym zmiękczeniem kolan.

Obserwował swą twarz całą umazaną w ciemnej czerwieni, szczególnie w około ust. Podszedł po chwili bliżej do lustra i dotknął swej twarzy dłonią, by dostrzec, że również palce, a szczególnie pod paznokciami znajduje się dużo ciemno brunatnej czerwieni. Otworzył buzie, by zobaczyć swe zęby i przeżył kolejny szok z odczuciem jakby dostał w z piąchy prosto w gębę. Zęby przyżółkłe, a pomiędzy nimi dużo wszystkiego – drobne kęsy surowego mięsa, włos, nitka…

„Nie, to niemożliwe. Nie!” – krzyczał Adam w myślach, wypierając wszystko, co tylko mogło prowadzić do bardzo niefortunnej dla niego konkluzji…

– Nie! – wykrzyczał w swe lustrzane odbicie i zaczął szorować się. Mył, drapał, ścierał, aż nie pozostało śladu. Następnie sprawnie ubrał się i wyszedł z domu…

Przed domem nie było jego samochodu, więc dotarł na przystanek autobusowy i wsiadł do pierwszego autobusu, który podjechał. Nie mógł zebrać myśli i chyba nie chciał. Ucieszył się, że w autobusie jest dosyć tłoczno. Zaczął przysłuchiwać się rozmowom dwóch starszych kobiet obok niego.

– Dziś dwadzieścia jeden ofiar, co to się dzieje…

– Ja tam siedziałam w domu, nie chcę nawet słuchać o tym.

– Mnie też ten temat przeraża, ale na szczęście udało mi się wczoraj szybko zasnąć…

– Mi też, na szczęście. Zdążyłam jedynie popatrzeć na księżyc…

„Księżyc!” Tak, wspomniał księżyc w lesie, ale… Nic poza tym…

– Cześć Adam! A od kiedy ty autobusem jeździsz?

– Dziś tak wyjątkowo, cześć Daniel – odpowiedział Adam – A ty? Też nie przypominam sobie, byś lubił miejskie linie…

– Stwierdziłem, że dziś tak będzie ciekawiej… Hej, czy my przypadkiem się wczoraj nie widzieliśmy?

– Oj, nie – odpowiedział przekonany o tym Adam – pamiętałbym – „Czyżby?” dodał w myślach…

Te gnały mu w głowie, jak szalone… I ten księżyc… Księżyc… Księżyc…

– Cholera, dziwna sprawa brachu – zagadnął dosyć szczerze kolega Adama – jakoś nie mogę sobie przypomnieć końcówki nocy, a nic nie piłem. Zdarzyło ci się to kiedyś?

Adam był już w pełni czujny, nie wiedząc, czy jest ofiarą żartu, czy też to dzieje się naprawdę…

– A gdy się obudziłeś, to… OK wszystko było u ciebie? – odpowiedział pytaniem na pytanie Adam.

– Tak, jedynie nie mogłem też znaleźć swoich wczorajszych ubrań nigdzie. Czyżby mi ktoś coś dosypał?

– A księżyc? – kolejne pytanie Adama strzałem w ciemno…

Kolegę wmurowało…

Jego umysł zapracował inaczej i wszystko sobie przypomniał…

Pamiętał, gdy spoglądał na księżyc przez okno w swym mieszkaniu i wpadł w ten okrutny amok z nieodpartą potrzebą jedzenia. Tak bardzo chciał jeść, że jadł wszystko, co tylko miał pod ręką, ale też szybko to zwracał. Nie potrafił sobie z tym poradzić w domu, więc wyszedł z niego, pomimo ostrzeżeń policji, a gdy napotkał przypadkowo przechodzącą kobietę, to już wiedział, czym zaspokoi ten bolący wręcz apetyt.

Dalsza część nocy przemknęła przez jego umysł, jak błyskawica. Uderzenie kobiety w głowę, zabranie ją samochodem do pobliskiego lasu, gdzie napotkał pożywiającego się w ten sam sposób Adama…

Pamiętał jeszcze, że tych 'głodnych’ osób stale przybywało, niektóre z kolejnymi ofiarami…

I ten księżyc…

– Muszę iść – ledwo wyszeptał cały zielony i przerażony Daniel, zostawiając Adama w autobusie. Wysiadł na przystanku, przy którym właśnie zatrzymał się autobus.

Adam rozejrzał się w około, spoglądając na pustkę w oczach oraz tępy wyraz twarzy pasażerów miejskiej linii…

Wszyscy byli dziś w podobnym stanie…

„Co tu się dzieje, do cholery?” – pomyślał Adam, jadąc dalej pogrążony w swych myślach…

Koniec!


<< 26. „Randka” <<


Opowieści na dobranoc