Była późna noc. Pomimo zmęczenia, nie mógł zasnąć, więc rozmyślał nad swym losem. Kolejna wigilia już tuż przed nim. Kolejna w samotności. Jak co roku obiecywał sobie, że w następne święta będzie inaczej, że w ten kolejny rok zadba już o to, by nie być samemu, a oto ponownie leży sam w domu z poczuciem bezsilności i gorzkim smakiem porażki.
Mieszkał w niedużej miejscowości położonej siedem kilometrów na południe od miasteczka Szkarłatne Wzgórze. Jego drewniana, mieszcząca się blisko lasu chatka była doskonale ogrzana ciepłem z kominka palonego drewnem. Ogień przygasł już około godziny temu, a nasz bohater dzisiejszej opowieści właśnie leżał pod ciepłą pierzyną z myślą: „Co poszło nie tak?”
Miał już trzydzieści pięć lat i kolejny rok w zasadzie jedynie ciężko przepracował z myślą, że pieniądze załatwią kwestię jego samotności. Nie załatwiły…
Nie wyglądał źle, choć z każdym rokiem przybywało mu kolejnych kilogramów. Poszedł za trendem norweskim i na styl wikinga zapuścił bujną brodę, a jasne, dłuższe włosy porządnie zaczesywał w tył. Z blisko już stu kilogramową posturą wyglądał bardzo męsko.
„Co tu zrobić? Czy kiedykolwiek coś może się odmienić? Czy już zostanę sam na zawsze?”
Pomiędzy te egzystencjalne myśli zaczęły wkradać się również pierwsze senne marzenia i gdy w zasadzie był już na krawędzi jawy i snu, usłyszał gwałtowny huk, jakby w jego dom uderzył pocisk armatni…
– Kurwa, ludzie! Przestańcie palić w tych kominach w końcu! Przecież jest wigilia! Jak ja mam tu pracować do jasnej cholery?!
Usłyszał czyjś obcy, męski głos i zerwał się gwałtownie z łóżka. Serce biło mu szalenie, bo nie miał wątpliwości, że właśnie ktoś się do niego włamał.
Wstał z łóżka w samych majtkach. Po ciemku sięgnął po drewniany kij, który stale leżał pod łóżkiem, przygotowany na taką okazję właśnie. Zmierzał z kijem w ręku po cichu w kierunku swego salonu, skąd dobiegał delikatny harmider buszującego po pomieszczeniu intruza.
Dojrzał jego dość postawny cień i bez zawahania zaatakował kijem w plecy włamywacza. Uderzył z całej siły, przez co kij złamał się w pół na plecach obcego. Ten zaklął ponownie i padł na ziemię, wijąc się z bólu.
Nasz bohater włączył szybko światło pstryczkiem na ścianie, po czym raz po razie przecierał oczy ze zdumienia. Oto przed nim na drewnianej podłodze leżał Święty Mikołaj, który w jednej ręce trzymał wielki wór z materiału, a drugą trzymał się za potwornie bolące plecy.
– Czyś ty zwariował? Co cię napadło? – pytał piskliwym głosem Mikołaj.
– Przepraszam, ja nie wiedziałem, że… że to ty – opowiedział zmieszany gospodarz, nadal nie dowierzając w to, co właśnie obserwuje. – Jak ty tu wlazłeś? Przez komin?
– Tak kurwa, przez komin! – głos Mikołaja powoli wracał do swej naturalnej barwy. – Gdzie mam zostawić te prezenty dla tych twoich bachorów? Wskaż miejsce, bo nie widzę choinki. Zostawię i spadam stąd. Chcę jak najszybciej zapomnieć o tym, co tu mnie spotkało – dodał w gniewie.
– Ale ja nie mam dzieci… – nieśmiało zagadnął gospodarz.
-Co?! Jeszcze pomyliłem adresy? Nie do wiary… Mam już kurwa serdecznie dosyć tej roboty! – Mikołaj był bliski płaczu. Próbował podnieść się z podłogi, ale sam nie dał rady. Zupełnie zdezorientowany gospodarz odłożył resztkę kija i pomógł wstać potłuczonemu gościowi w jego domu. Podprowadził go do krzesła, na którym posadził Mikołaja. Ten siadał na nim na podobieństwo stuletniego dziadka.
– Zastąpisz mnie? Już ponad trzydzieści lat rok w rok latam po domach, czuję się tym zmęczony, a chyba też nie dam rady dokończyć. Porządnie mnie zdzieliłeś – zagadnął Mikołaj po chwili.
– Jak miałbym? Nigdy tego nie robiłem – odpowiedział w pewien sposób zaciekawiony gospodarz.
– To nic trudnego, masz do obskoczenia jedynie gminę. Prezenty gotowe, pojedziesz prosto z listy. Powinieneś się wyrobić w kilka godzin.
– No dobrze. I tak nie mogę zasnąć.
– To wskakuj w moje ubranie – od słowa do czynu, Mikołaj zdjął swą czerwoną szatę z czerwoną czapką i siedział już tylko w białych, luźnych bokserkach, białym podkoszulku i długich bawełnianych skarpetach. Gospodarz dość sprawnie przywdział szaty Mikołaja, stwierdzając, że pasują wręcz idealnie.
„Powinienem zacząć się odchudzać” – pomyślał i zadał kolejne pytanie:
– A czym ja mam się przemieszczać?
– Wskakuj na dach, to się dowiesz – odpowiedział z uśmiechem Mikołaj.
– Przez komin?
– Tak, przez komin.
– Nie traćmy więc czasu – wziął w ręce wór i już szykował się w swą drogę. Zatrzymał się na chwilę i zapytał: – A Ty co będziesz robić?
– Masz piwo?
– Mam.
– Telewizor?
– Jest tutaj, zobacz.
– To będę robił to, co Mikołaje lubią robić najbardziej. Obejrzę film i uchlam się piwskiem – zaśmiał się w głos Mikołaj. – Ruszaj, noc w pełni, a masz trochę domów do zaliczenia – dodał z łobuzerskim uśmiechem.
– Dobrze, do zobaczenia – rzucił gospodarz, na co nie usłyszał innej odpowiedzi, jak tylko głośny i wesoły śmiech Mikołaja.
Zaczął wdrapywać się po kominie na sam dach, a gdy wyjrzał z niego na zewnątrz, ponownie zdumiał się niecodziennym widokiem. Oto stał, a raczej unosił się lekko w powietrzu nad dachem zaprzęg Mikołaja. Oczywiście były to renifery. Jeden z nich miał świecący, czerwony nos.
– Czas na przygodę! Wio! – krzyknął do reniferów, wskoczył do przepięknych sań i ruszył w powietrzu do najbliższego domu z listy.
Tu ucieszył się, gdyż pierwszą na liście miał swą przepiękną sąsiadkę, która niedawno opuściła swego niedobrego męża. Wraz z trójką dzieci zamieszkiwała około kilometra od jego domu. Zacierał ręce na myśl o wyjątkowych odwiedzinach jej domostwa. Zaparkował zaprzęg na dachu i wskoczył do komina.
– Kurwa! – zaklął szeptem, gdyż poparzył swoje ręce o wciąż rozgrzane wnętrze komina. „Teraz już rozumiem Mikołaja” – uśmiechnął się w duchu.
Rozglądał się po jej salonie. Różnił się bardzo od tego, który czekał na niego w jego domu. Było czysto, było schludnie i było świątecznie. Przyozdobiona choinka dawała światło z rozświetlonych lampek, więc bez problemu zabrał się do wypełniania swej misji. Gdy położył już odpowiednie prezenty z wora pod nią, nagle zamarł w bezruchu.
– Czekałam na ciebie – usłyszał kobiecy głos. Odwrócił się i oto przed nim stała w zmysłowej, czarnej bieliźnie właścicielka domu. Ta piękna kobieta o blond włosach ewidentnie była pijana, trzymając w ręku szklankę wypełnioną do połowy drinkiem. – Chodź, chcę mojego prezentu.
Wzięła go za rękę i poprowadziła do swej sypialni, w której kochali się namiętnie przez… całe dziesięć minut.
Po tych świątecznych figlach leżeli w łóżku paląc papierosy, a do naszego bohatera powróciło poczucie obowiązku i spełnienia misji, której się podjął.
– Czas na mnie, jeszcze dużo domów przede mną i dużo prezentów do rozdania.
– Zmykaj, tu wypełniłeś swą świąteczną misję.
Dała mu buziaka w policzek, po czym już ubrany i wyjątkowo uśmiechnięty zastępca Mikołaja zaczął wdrapywać się przez komin do zaprzęgu.
Obleciał wszystkie domy z listy. Podłożył pod choinkami wszystkie prezenty, które odnalazły swe miejsce przeznaczenia. Był niezwykle zaskoczony ilością łóżkowych uciech tej nocy, gdyż jego sąsiadka nie była jedyną, oczekującą na Mikołaja i na swój wyjątkowy, przyjemny prezent. Tych kilka kobiet dały mu w kilka godzin więcej radości, niż dane było mu doświadczyć przez ostatnie dziesięć lat jego życia.
Zbliżał się poranek, gdy nadszedł czas powrotu do domu. Wskoczył do niego przez komin, by po raz ostatni poczuć, jak to jest być Mikołajem. W środku zastał tego prawdziwego – bardziej leżącego, niż siedzącego w fotelu, z puszką piwa w dłoni, pilotem od tv w drugiej i papierosem w ustach.
– Wszystko ok? – zapytał Mikołaj.
– Tak, zrobione – odpowiedział gospodarz.
– To siadaj obok, bierz piwo. Leci „Szklana pułapka”. Mój ulubiony.
Gospodarz faktycznie sam bardzo lubił ten film, więc otworzył puszkę z piwem, odpalił papierosa i przysiadł na sofie obok.
– Zaliczyłeś którąś?
– Cztery…
– Ładnie! Na zdrowie – odpowiedział z podziwem Mikołaj, podnosząc puszkę piwa w górę.
Gospodarz czuł się zmęczony, ale też niesamowicie spełniony. Lepszego startu świąt nie mógł sobie wymarzyć, a sam Mikołaj okazał się z każdą kolejną chwilą znakomitym kompanem na święta.
– Zostaniesz? – zapytał Mikołaja.
– A masz dużo piwa? – odpowiedział pytaniem na pytanie Mikołaj.
– Mam… To jak, zostaniesz do końca świąt?
– A czy miś sra w lesie? – odpowiedział z głośnym śmiechem Mikołaj, po czym ponownie wznieśli toast i oglądali Bruca Willisa w starciu z niemieckimi zbirami.
Nadszedł wigilijny świt. Wszystkie dzieci w gminie otworzyły swe prezenty z zadowoleniem, otrzymując to, co uwzględnili w liście do Mikołaja, a nasza dwójka Mikołajów zasnęła w swych siedzeniach z poczuciem wykonanego zadania oraz z radością, jaką dało im wzajemne towarzystwo. Jeden nadal w czerwonym stroju Mikołaja, a drugi w bokserkach, podkoszulku i długich, bawełnianych skarpetach…
Koniec!