Przejdź do treści

Opowieści na dobranoc (16) – „Moneta”

Od dramatycznych wydarzeń w leśnych ostępach minęły cztery lata, a upiorne zamczysko zdążyło do dziś popaść w ruinę. Za to Lena w parze ze swym Detektywem rozkwitli w pełni.

Już jako małżeństwo zamieszkiwali razem w bardzo spokojnej dzielnicy jednorodzinnych domów miasteczka Szkarłatne Wzgórze, a Lena spodziewała się pierwszego dziecka. Do rozwiązania pozostały już niecałe dwa miesiące i w zasadzie wszystko w ich planach życiowych przebiegało pomyślnie, co tylko przekładało się na cementowanie ich i tak już silnej więzi.

Były to cztery lata spokoju i radości. Były to cztery lata pełne miłości. Wszystkie koszmarne zdarzenia z przeszłości wydawały się mieć już swe definitywne zakończenie i państwo Jabłońscy uwierzyli w to, że czarne chmury odeszły już z nad ich głów na dobre. Nikt nie spodziewał się kolejnych…

Pewnego zimowego poranka nasz Detektyw spoglądał przez kuchenne okno z widokiem na ulicę. Ogołocone z liści drzewa przyprószone były niewielką warstwą śniegu, którego za to na trawniku, chodniku i ulicy było już wyraźnie więcej. Śnieg nie padał od dwóch dni, ale ostatnia śnieżyca pozostawiła blisko dziesięciocentymetrową pokrywę białego puchu, który w około zerowej temperaturze powietrza utrzymywał swą wilgotną konsystencję.

Kawa smakowała wybornie, dopiero zaczęło się rozwidniać, a szczęśliwa Lena spała smacznie w ich wielkim łożu. Detektyw zanurzył się w myślach o niej, o ich wspólnym życiu, odczuwając przy tym wspaniałe uniesienie i poczucie spełnienia. Tak, też był szczęśliwy i nie mógł się już doczekać przyjścia na świat ich córeczki. Na samą myśl o ich pierwszym dziecku jego serce przyspieszało w swym biciu, a na twarzy pojawiał się uśmiech.

Z jego rozważań wyrwał go niecodzienny widok przed jego domem. Oto chodnikiem poruszał się na trzykołowym rowerku dzieciak, w wieku około pięciu lat. Ubrany był w zielony kubrak, zielone spodnie za kolana, spod których wystawały opięte na łydkach białe getry. Czubiaste , ciemne obuwie oraz niewielki zielony kapelusz na głowie malca z bujnymi, rudymi włosami w cale też nie były najdziwniejsze w tym wszystkim. Detektyw aż przetarł oczy zdumiony, by upewnić się, że nie śpi, ale nie spał i widział faktycznie, że dziecko te ma również bujną brodę.

Rudobrody rowerzysta jechał spokojnym tempem chodnikiem przy ich ulicy, podrzucając radośnie w górę i chwytając w dłoń raz po razie przedmiot przypominający monetę. Nagle malec zatrzymał się i panicznie zsiadł z roweru, by na kolanach zacząć szukać czegoś w śniegu. Zadziwiającym tempem przemieszczał się na czworakach, jak dziki zwierz, przegrzebując kolejne sektory ich przydomowego chodnika. Detektyw obserwował ten przedziwny widok z odległości około piętnastu metrów i stwierdził, że czas dowiedzieć się, o co tu chodzi.

Wybiegł przed dom i zanim zdążył się odezwać brodaty kapelusznik szybko wskoczył na swój trzykołowiec i błyskawicznie pedałując oddalił się sprzed jego domu. Detektyw przysiągłby, że twarz malca raczej nie należała do dziecka, a do sędziwego wiekiem starca. Widział ją tylko przez chwilę i nie pojmował tego wszystkiego, ale z ciekawości zaczął rozglądać się po ośnieżonym chodniku, w celu dowiedzenia się, czego mógł tutaj szukać.

Detektyw miał więcej szczęścia i w zasadzie od razu znalazł zgubę malca w malutkim śladzie w śniegu, bliżej jego trawnika. Była to moneta. Gdy tylko wziął ją do ręki wiedział, że jest ze złota. Miała średnicę około czterech centymetrów. Na jednej stronie widniała wytłoczona koniczyna, a na drugiej… Dałby sobie rękę uciąć, że na drugie widzi wytłoczoną postać malca z rowerka. Detektyw poczuł lodowaty dreszcz przenikający jego ciało od stóp do głowy. Chwilę rozejrzał się w około i zaczął zmierzać z monetą do domu.

Tuż przed wejściem do ciepłego wnętrza domu usłyszał z sąsiedniej ulicy gwałtowny dźwięk hamowania samochodu i następujący po tym nieznaczny huk, ale Detektyw puścił to błyskawicznie mimochodem, będąc zafrasowany swym znaleziskiem. Obracał monetę w swych dłoniach i stwierdził, że zachowa ją. Nie dla siebie, może po prostu ta mała, dziwaczna postać wróci po swoją zgubę i chętnie mu ją odda.

Minął dzień, minął tydzień, a po monetę nikt się nie zgłosił. Za to Detektyw zaczął odczuwać w niespotykanych dosyć sytuacjach, że los się do niego wyraźnie uśmiecha. Było to wtedy, gdy pewnego poranka Lena potknęła się niosąc mu na śniadanie talerz z naleśnikami, wyrzucając je w powietrze, a nasz Detektyw jakby od niechcenia złapał je w powietrzu na swój talerz, siedząc odwrócony tyłem do całej sytuacji. Mało tego, wyciągnięciem drugiej ręki pomógł utrzymać równowagę Lenie, która nie upadła i z uśmiechem dołączyła do stołu, przy którym obydwoje najedli się wspaniałymi naleśnikami.

Kolejną, już wyraźnie mocniejszą sytuacją, była policyjna akcja – porwanie i uprowadzenie młodej dziewczyny. W pościgu za porywaczami Detektyw przejechał przez tłoczne skrzyżowanie na czerwonym świetle. To był czysty obłęd, gdyż i z jednej i z drugiej strony wstrzelił się wręcz na centymetry w małą lukę pomiędzy jadącymi z obydwu stron poprzecznej ulicy samochodami. Podekscytowany adrenaliną pościgu, w intuicyjnym przypływie potrzeby zakończenia tej akcji wystawił swą dłoń z pistoletem przez okno, oddając tylko jeden trafny strzał w tylne, lewe koło, przez co porywacz stracił panowanie nad autem i wjechał w bujny, przyuliczny żywopłot, który zamortyzował zderzenie. Detektyw błyskawicznie obezwładnił porywacza, ratując młodą dziewczynę od jej dramatu, a w zamian został okrzyknięty lokalnym bohaterem. Dostał nagrodę pieniężną od miasta i pochwałę od głównego komendanta, a wszyscy w jednej chwili obdarzyli go nad wyraz dużym szacunkiem i podziwem. Detektyw czuł się w tym, jak ryba w wodzie.

Sytuacji było wiele, od małych i błahych, do wygranej w loteryjnej zdrapce stu tysięcy złotych. Nasz Detektyw był w końcu detektywem i szybko połączył niesamowitą odmianę swego losu z monetą. Wiedział, że to dzięki niej ma szczęście i nagle zapragnął nie oddawać jej nikomu. Miał ogromną nadzieję, że jej właściciel nie upomni się o nią. Przyszedł jednak dzień, że upomniał się…

Minęły trzy tygodnie od czasu, gdy moneta zmieniła swego właściciela. Było późna noc. Detektyw spał z Leną w ich wielkim łożu, gdy nagle obudził go dźwięk wybijanej szyby i głośnie przekleństwo w przedziwnym języku. Nie znał takiego, ale po tonie odczuł, że było to bardzo siarczyste przekleństwo. Detektyw bez wahania wyjął z małego sejfu przy łóżku swą broń, nakazał Lenie pozostać w łożu do jego powrotu i zaczął powoli schodzić na dół. Monetę wziął również ze sobą, wiedział, że teraz może się bardzo przydać. Zajrzał do holu i zobaczył wybitą szybkę przy tylnych drzwiach. Pomimo mroku dostrzegł, że resztki szkła w drzwiach ociekają krwią. Zatrzymał się i nasłuchiwał…

Kuchnia!

Intruz jest w kuchni, tego był pewny. Wpadł do niej z impetem i krzycząc, by intruz poddał się, albo zginie natychmiast.

– Poddaję się – Detektyw usłyszał skrzekliwy głos. Zapalił światło w kuchni, nie opuszczając broni. Dostrzegł siedzącą przy stole tą przedziwną postać sprzed trzech tygodni. Jedynie wtedy była ona w czystym ubraniu i wydawała się być zadbana. Teraz widział przed sobą prawdziwy wrak. Malec siedział w tym samym ubraniu, teraz bardzo brudnym, poplamionym, przemoczonym, poszarpanym i postrzępionym. Jego twarz była stara, brudna i również podrapana. Rękę miał zawiniętą w kuchenną ścierę, cała ociekała krwią. Jego krótkie nóżki ledwo zwisały z krzesła, a na jednej z nich brakowało buta, za to już zupełnie nie białe getry w tym miejscu były dziurawe, odsłaniając bosą, siną i poobdzieraną do krwi wielką, owłosioną stopę.

– Kim jesteś? – zapytał Detektyw rozluźniając chwyt broni w dłoniach. Widok, który miał przed sobą chwycił go za serce. Był to prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy.

– To nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że masz moją własność, bez której nie mogę żyć – odpowiedział skrzekliwie Karzeł.

– Moneta?

– Tak, moneta. Z pewnością już znasz jej działanie. Przyszedłem ją tobie wykraść, ale wraz z jej stratą, nie tylko opuściło mnie szczęście, a dopadło mnie w zamian najprawdziwsze nieszczęście. Już po oddaleniu się spod twojego domu potrącił mnie samochód i wylądowałem w szpitalu. Tam zainteresowała się mną policja. Najwidoczniej przypominałem wszystkim przestępcę lubiącego za bardzo dzieci, gdyż zatrzymali mnie w areszcie i znęcali się nade mną. Wykupiłem się obietnicą ozłocenia ich – tak, mam ogromny skarb – a gdy zaprowadziłem ich na jedno z wielu miejsc schowanego skarbu, by wzięli obiecaną część, wtedy pobili raz jeszcze i zabrali wszystko. Nie wspomnę już o szalonym kocie, który najwidoczniej pomylił mą twarz z jakąś myszą, czy też o zaklinowaniu się butem w kratce ściekowej, z której chcąc go wyjąć, musiałem go zdjąć z nogi. Gdy to zrobiłem but wpadł do ścieków. Były poślizgnięcia, były upadki, odmrożenia, było wszystko, włącznie z rozerwaniem najpewniej żyły na ręku, przy wybijaniu szyby w twych drzwiach… Mam za drzwiami złoto, dużo złota, dużo więcej niż możesz sobie wyobrazić. Znosiłem je pod twe drzwi odkąd zasnąłeś. Jest Twoje, czy oddasz mi monetę, czy też nie. Jeśli nie oddasz, to i tak umrę dziś. Twój wybór…

– Tobie jest bardziej potrzebna – odpowiedział Detektyw i wyciągnął dłoń z monetą w stronę Karła.

Ten chwycił ją w swe szpony, a jego oblicze w jednej chwili stało się energiczne i pełne życia. Zeskoczył z kuchennego krzesła i powiedział:

– Złoto jest twoje, dotrzymuję słowa, ale mam prośbę…

– Tak?

– Podejdź tu do mnie blisko, powiem Ci to na ucho – odpowiedział dosyć przekonująco Karzeł.

Detektyw nachylił się i zbliżył swe ucho do Karła, a ten z całej siły zamachnął się w tym czasie pięścią i znokautował na krótką chwilę Detektywa. Gdy ten zaczynał oprzytomniać, zobaczył uśmiechniętego Karła, podrzucającego monetę w górę i chwytając ją w dłoń raz po razie.

– Za co? – zapytał dosyć żałośnie Detektyw.

– Na zewnątrz masz kilka worów monet, podobnych do tej. Są ze złota i są twoje, ale tylko ta jedna jest taka wyjątkowa i jest moja. Dostałeś w ryj za to, że położyłeś na niej swoje łapy. A teraz żegnam cię i mam nadzieję, że cię więcej nie zobaczę.

Detektyw odprowadził Karła do drzwi, zobaczył jak wsiada na swój poważnie uszkodzony rowerek z dezelowanymi tylnymi kołami. Karzeł nie obejrzał się i mozolnie ruszył do przodu, a nasz Detektyw pozbierał wory złota i wniósł je do domu. Zakleił zbitą szybę folią i udał się do sypialni. Lena czekała na niego zniecierpliwiona i zapytała:

– Co się stało?

– Nic takiego. Był intruz, ale już poszedł sobie…

– Co?! Jak to?

– To bez znaczenia, możesz już spać spokojnie… Aaa, zapomniałbym. Zostawił nam kilka worów złota, ale to też chyba bez znaczenia. I tak już byliśmy bogaci…

– Nie rozumiem nic z tego – stwierdziła Lena, ziewając.

– Ja chyba też nie – ziewnął również – śpij skarbie, jutro opowiem ci wszystko – dodał.

– Dobrze, mój drogi. Dobranoc.

– Dobranoc.

Koniec!


<< 15. „Życzenie” <<

>> 17. „Tatusiu, w moim pokoju ktoś jest” >>


Opowieści na dobranoc