Przejdź do treści

Opowieści na dobranoc (12) – „Jan z Siedmiogrodu”

Nazywał się Jan. Nadano mu przydomek 'Waleczny’.

Zasłużył na niego swą siłą i swym męstwem podczas obrony ojczyzny przed najazdem imperium osmańskiego. Podczas wojennej tułaczki w wiosce w pobliżu Braszowa poznał przepiękną Marię Alexandrę. W wieku 26 lat poślubił ją i pokochał ponad wszystko. Z wzajemnością. Osiedlił się z nią w jej rodzinnej miejscowości, porzucił działania wojenne i zaczął uprawiać ziemię. Był wysokim, przystojnym i muskularnym mężczyzną, o długich i gęstych, brązowych włosach. Jego ukochana Maria dla odmiany była delikatna jak płatek róży. Jej jasne blond włosy wraz z białą, lekko zaróżowioną cerą dosadnie kontrastowały z jego obliczem. Jednak ta dwójka dopełniała się wzajemnie we wszystkim. Jego męska siła i jej wrażliwe, pełne dobroci serce tworzyły wyjątkową kompozycję piękna oraz zaradności – nie znaleźlibyście w tamtym czasie trafniejszego połączenia, a być może też i nie znajdziecie takiego w ogóle.

Nasze opowieści zawitały oto do średniowiecznego Siedmiogrodu. Był 1540 rok. Jan zapomniał o wojnie, Maria Alexandra spodziewała się dziecka, ale wojna nie zapomniała o Janie. Pewnego letniego wieczoru, gdy kończył już obejście swego skromnego gospodarstwa, usłyszał krzyk swej ukochanej. Biegł ile sił do swej drewnianej chaty, ale nie zdążył…

Przed domem dostrzegł swą ukochaną leżącą na trawie w negliżu, z podniesioną suknią, a nad nią stał jeden z tureckich żołnierzy, otoczony kilkoma towarzyszami. Maria Alexandra była martwa. Żołnierz trzymał w swej dłoni szablę, ociekającą krwią Marii, a Jan wpadł w amok. W biegu staranował ten skromny osmański oddział, przewracając swą masą trzech turków, po czym dopadł mordercę jego ukochanej, który nie był gotowy na Jana w żaden sposób. Jan skręcił mu kark, przechwycił szablę żołnierza i wyciął w pień wszystkich jego kompanów.

Zbroczony krwią nieprzyjaciela przykląkł nad przepięknym ciałem Marii i popadł w swą rozpacz. Płakał i wył, tuląc martwe, drobne ciało swej ukochanej, a jego serce zaczęło się zmieniać. Po długich godzinach, późno w nocy wykrzyczał w pustą przestrzeń:

– Zemszczę się! – po czym pochował Marię w pobliżu chaty, uzbroił się i ruszył przed siebie…

Nie minął miesiąc, kiedy to przydomek 'Waleczny’ nijak nie pasował już do naszego Jana i został nadany mu nowy. Jan Brutalny stworzył swój oddział, składający się z silnych mężczyzn, którzy mieli ten sam cel – wyciąć wroga jak najliczebniej i jak najbrutalniej tylko da się. Byli bardzo finezyjni w masowych mordach osmańskich żołnierzy, których ćwiartowali, obdzierali ze skóry i nabijali na pal. Ich siedzibą został zdobyty siłą warowny kościół Kereszénysziget, w którym każdej nocy Jan płakał w swej komnacie z żalu i tęsknoty za Marią. Każdej też nocy Jan odnawiał swą przysięgę zemsty. Jego celem było wybicie całego rodu osmańskiego…

Jednak armia wrogiego imperium dostrzegła, że chcąc wygrać swą wojnę potrzebuje zająć się i rozprawić dosyć szybko z coraz bardziej rozpoznawalnym i rosnącym w siłę Janem Brutalnym. Otoczyli w liczbie pięciuset żołnierzy twierdzę Jana, która na pierwszy rzut oka okazała się dosyć łatwa do zdobycia. Atak miał odbyć się w nocy, a Jan wiedział już, że nie wyjdzie z niego cało…

Jego odmienione serce po stracie swej miłości życia nie szukało już dobra. Pragnęło tylko krwi nieprzyjaciela. W tej sytuacji bez wyjścia, przy osmańskim oblężeniu i zbliżającemu się kresowi jego pomsty, Jan poszedł za swą morderczą, do cna przepełnioną czystym złem intuicją. W swej komnacie, w momencie gdy ciemność spowijała już cały Siedmiogród, a księżyc w pełni rozświetlał swą wyjątkowo krwistą poświatą całe górzyste otoczenie, wykrzyczał w mroczną aurę roztaczającą się coraz szerzej w około jego zepsutego serca:

– Zrobię dla ciebie wszystko, tylko nie pozwól mi dziś zginąć. Panie zemsty, nie zostawiaj mnie, oddaję swe życie na twą służbę, a pragnę jedynie dokonać mej zemsty w zamian.

– Zemsta jest twoja, ale najpierw umrzesz – usłyszał cichą, ale stanowczą mowę mrocznego ducha, z pogłosem przypominającym syczenie węża.

– Niech tak się stanie – odpowiedział Jan i prowadzony niewidzialną ręką swego nowego pana chwycił za leżący przed nim na stole sztylet, który bez zawahania wbił w swoje serce. Padł martwy, a w tym samym momencie do ataku ruszyła oblegająca warownie armia…

Towarzysze Jana nie mieli szans w starciu ze znacznie liczebniejszą armią wroga. Jeden z nich, bardzo rosły mężczyzna o kruczoczarnych włosach nie chciał dziś umierać. Jego serce było mężne, ale nie godziło się na swe ostatnie bicie tej nocy. Gdy dostrzegł, że wśród obrońców nie ma Jana, pobiegł do jego komnaty. Otwierając drzwi zamarł z przerażenia, szybko stwierdzając, że woli jednak oddziały wroga…

Oto przed nim stał Jan, tylko że to już nie był ten Jan, którego znał. Jego twarz w blasku pochodni była znacznie piękniejsza, ale blada i sina – martwa. Jego oczy jarzyły się jaskrawym, czerwonym blaskiem. Jan z niewiarygodną szybkością dopadł zaskoczonego nieszczęśnika, któremu wgryzł się w aortę tuż przy krtani i po raz pierwszy dosłownie zasmakował w ludzkiej krwi. Wiedziony intuicyjnie przez swego nowego pana, Jan nie zostawił na śmierć konającego już towarzysza. Nadgryzł swój przegub, po czym dał mu spić swą krew i zostawił leżącego. Patrzył jak dokonuje się w nim przemiana, rozpoczynająca się od agonii, do martwego snu i przebudzenia z czerwonym blaskiem oczu. Rozszarpana szyja kolejnego nowo narodzonego monstrum zagoiła się nadspodziewanie szybko. W tej oto chwili było ich już dwóch – dwa nowe twory tego świata, które nigdy nie powinny w nim się znaleźć…

Wiedzieli, że są nieśmiertelni. Czuli każdą częścią swego ciała pragnienie krwi, a ta przyszła dziś do nich sama. Ruszyli, by dokonać swą rzeź. Ruszyli, by dokonać swej zemsty. Wybili, a wręcz rozszarpali na strzępy całą armię nieszczęsnych turków, którzy nie byli gotowi do walki z tak potężnymi siłami ciemności. Do pierwszych, wyłaniających się zza kościelnego wzniesienia promyków słońca nie było już w warowni żadnej żywej duszy. Jan ze swym nowym towarzyszem schowali się w piwnicach warownego kościoła przed boleśnie palącym światłem dziennym. Zasnęli, a obudzili się ponownie dokładnie w chwili, gdy ostatni promień słońca schował się za horyzontem skalistego terenu ich rodzimej Transylwanii.

– Co teraz? – zapytał towarzysz Jana…

– Teraz zabijemy ich wszystkich – odpowiedział Jan…

C.d.n.


<< 11. „Detektyw” <<

>> 13. „Przeznaczenie” >>


Opowieści na dobranoc